ta RÓŻA żyje...

Autor: A B, Gatunek: Dramat, Dodano: 22 czerwca 2014, 13:12:20

.

 

PĘKNIĘCIA

albo

siedem dni z życia Innych ludzi

 

 

ta RÓŻA żyje... 


 

EWA

Niech mię na zawsze ten wianek otoczy,

Niech zasnę, umrę, patrząc w te róże,

          W te białe narcyzu oczy.

 

          Róża, ta róża żyje!

          Wstąpiła w nią dusza,

          Główką lekko rusza,

          Jaki ogień z niej bije.

 

To rumieniec żyjący – jak zorzy wniście.

Śmieje się, jak na uśmiech rozwija liście,

Roztula między liściem dwoje ust z koralu,

Mówi, coś mówi – jak cicho, jak skromnie.

Co ty, różo, szepcesz do mnie?

Zbyt cicho, smutnie – czy to głos żalu?

Skarżysz się, żeś wyjęta z rodzinnej trawki?

Nie wzięłam ciebie dla mojej zabawki,

Jam tobą skronie Matki Najświętszej wieńczyła,

Jam po spowiedzi wczora łzami cię poiła;

 

          A z twoich ust koralu

          Wylatują promieniem

          Iskierka po iskierce –

Czy taka światłość jest twoim pieniem?

          Czego chcesz, różo miła?

 

RÓŻA

          Weź mnie na serce.

 

Dziady, A. Mickiewicz

 

 

Ta róża żyje!

Żyje jej serce, oddycha, porusza się, promienieje!

Ta róża żyje... czeka... nie skarży się, nie plecie wianków, zastygła... zbędna dla siebie, zbędna w sobie... promienieje!

 

Sophii jest taką różą!

 

Sophii, tylko ona!

Nikt więcej nie zasłużył. Nikt więcej nie nabrał cech, atrybutów, kształtu!

Tylko Ona!

Sophii jest takim kształtem!

Kształtem zastygłym w poczekalni. Zatrzymanym na krawędzi czasu, który bezwzględnie zmuszony odmienić czekający ją los.

Sprzeczność!

Sophii jest takim kształtem, różą na krawędzi,

 

Różą na brzegu Esencjo,

 

wyAlienowanym bełkotem, niesprzecznym, Absolutem gnanym Ideą, Wyborem Wolności... jest Bytem!

A jednocześnie pozostaje zaprzeczeniem każdego z tych atrybutów, każdej z tych kategorii!

Jest zatem, równie prawdopodobnie, Drugim Ciałem, ciałem złożonym na ołtarzu Zbrodni, która czai się w zakamarkach poczekalni, wypełza z nich, zbliża się, łasi do stóp dziewczyny, kusi, pragnie, nasyca czas, wypełnia sobą litery, słowa, wypełnia przestrzeń tej opowieści, tak jak wypełnia rzeczywistość,

 

jeśli przyjąć, że coś takiego (jak – Ta Opowieść) istnieje...

jeśli przyjąć, że cokolwiek istnieje,

jeśli przyjąć... Istnienie...

 

Wyobcowanie robotnika w jego przedmiocie wyraża się według praw ekonomicznych w ten sposób, że im więcej robotnik produkuje, tym mniej może konsumować, im więcej tworzy wartości, tym bardziej staje się bezwartościowy, wzgardzony, im piękniejszego kształtu jest jego produkt, tym bardziej kaleki jest robotnik, im bardziej cywilizowany jego produkt, tym bardziej barbarzyński staje się on sam, im bardziej rośnie potęga pracy, tym bardziej bezsilny staje się robotnik, im większej inteligencji wymaga praca, tym bardziej tępy i ujarzmiony przez przyrodę staje się sam robotnik.

 Rękopisy ekonomiczno-filozoficzne, K. Marks

 

Sophii jest jednością!

 

Byt nie jest niebytem

 Metafizyka, M. Krąpiec

 

Sophii jest jednością!!

 

Niemożliwe, aby coś zarazem było i nie było (...) terminy „być” i „nie być” odnoszą się do czegoś określonego, wskutek czego „tak” i „nie tak” nie jest. A też, jeśli nazwa „człowiek” znaczy coś jednego (...) i nie znaczy czegoś jednego, to w istocie nie znaczy nic; a jeśli nazwy nic nie znaczą, to niweczy się dyskusję między ludźmi, a prawdę mówiąc i dialog z samym sobą. Nie da się bowiem myśleć, nie myśląc o czymś jednym, a skoro tak, to nadaje się jedną nazwę rzeczy (...) Nie może przeto „człowieczeństwo” znaczyć tego, co „nieczłowieczeństwo”.”

 Metafizyka, Arystoteles

 

Sophii jest Jednością!!!

Podwojoną!

 

Jest wyborem dokonanym za Drugiego! W jego imieniu, w jego sprawie, interesie. W imię obcego Esencjo, jest Zbrodnią i dramatem (jeszcze z małej litery) dokonanym na wyrost, w akcie desperacji, w powieleniu Istoty, którą nie jest, a która – przecież – stanowi niezbywalny predykat Jedności, którą pozostaje.

 

Sophii jest Różą!

(którą – która – którą)

 

To pewne.

Jest kwiatem na krawędzi chaosu, kształtem na granicy bytu, jest oddechem, biciem serca, Absolutnym Powieleniem, Podwojeniem, jest sprzecznością w porządku Esencjo, rybą rzuconą na brzeg, zastygłą pomiędzy, zakrzepłą w akcie stwarzania siebie i tego drugiego, Innego!

 

Jest taką Różą promieniejącą na Byt!

Takim kwiatem „na zewnątrz”!

 

Tego nic nie powstrzyma, nic nie zniweczy.

„Człowieczeństwo” Sophii uległo duplikacji!

Byt rozwarstwieniu!

 

Pęknięciu!

 

Sophii jest obsesją. Obowiązkiem, Ananke i perseweracją. Wypartą ideą na brzegu Esencjo. Jest Babilonem i Różą. Żydem Wiecznym Tułaczem. Jest Chrystusem Narodów i Narodem Chrystusów. Jest... jest... jest...

 

Ja.

Ja.

Ja.

 

Jest wyparciem Ja.

Obaleniem, zniweczeniem kształtu, który domagał się spełnienia, jego zaprzeczeniem.

 

Sophii jest Rewolucją!

 

Płynnym znaczonym poety i konspiratora.

Sophii jest zagadką, prawdą uwikłaną w sprzeczności... zakłamaną, przez to jedyną, jest znakiem i znaczeniem, bogiem i ołtarzem, bytem i niebytem... zawsze jednak z małej litery... jest literą i słowem, treścią i formą, jest dychotomią.

Duplikacją!

Siedzi, czeka.

 

Mówi, jest mówiona!

Dotyka, jest dotykana.

 

Ciało, jeszcze zbędne, wyparte. Ciało zamknięte w tamtym ciele, w nim uwięzione, w nim zawarte.

Ślepe.

Kiedy dłoń mężczyzny dotyka włosów, uszu, pieści szyję.

Kiedy słowa mężczyzny dotykają włosów, uszu, szyi.

Dłoń i słowa. Mężczyzna!

Jego oddech, spocone ciało, namiętność, zbrodnia, czułość. Obracane w palcach dziewczynki, którą pozostaje na zawsze, w jej dłoniach, między udami.

Sophii zastygła na krawędzi, zawieszona nad przepaścią, wahająca się, pewna swego.

Mała dziewczynka wołana przez matkę. Tamta Sophii, która odeszła... by powrócić właśnie teraz.

To ironia, kiedy zajrzeć w oczy, kiedy szukać w nich wypełnienia/spełnienia, szukać jej, Sophii.

To żart, kpina, brak zrozumienia, ślepota na kształt do którego zmierza. Przeczuty, pewny swego, niezbywalny i zbędny, jak noc za oknem, księżyc na niebie, gnany wiatrem liść, pusta jesień, światła pędzącego samochodu, śmiech spóźnionych, gorycz.

Dłoń mężczyzny, spragniona, namiętna, rozpinająca bluzkę, odchylająca stanik... pieszczota, pierś.

Usta pochylone, zawieszone, gorące, jak noc za oknem, parne, lepkie, słodkie, gorycz.

Smak ust, wspomnienie tamtego dnia, sprzed kilku, wielu lat, mała Sophii w kuchni, zapach ciasta, drożdży, smażonych jabłek, cynamonu, zapach i sen, przez te lata, przypomniany nagle w błysku intuicji, olśnieniu, promienieje.

 

A zatem tak TO wygląda?

 

Kiedy sprężyny łóżka, materac, prześcieradło, kiedy tyle wokół sprzętów, tyle przedmiotów w tym wynajętym za grosze pokoiku na poddaszu, tyle zbędnych drobiazgów, ledwie dostrzegalnych, niemal „nie będących”, skrytych w obojętność...

dopiero teraz stają się ważne, teraz promienieją, gdy na nie patrzysz, gdy je dostrzegasz, nie wiedząc o czym powinno się myśleć, czego smakować w takiej chwili,

 

jak być (?)

 

kiedy każda z form stała się zbędna, każdy z kształtów niepotrzebny, przypadkowy, przezroczysty niemal do absurdu.

 

Przezroczystość i absurd!

 

Dłoń mężczyzny, twarda, spracowana, szorstka, obca. Dłoń zaplątana w ciało, utkwiona w nim, bezsilna. Zaprzeczona każdym ruchem, każdym muśnięciem ciała Sophii. Każdym oddechem, wspomnieniem... marzeniem.

Zagubiona w ciele, stwarzająca ciało.

Zbędna, jak sen za oknem, pora roku, wiosna, soczysty zielenią liść na wierzbie.

 

- Te drzewa podchodzą...  coraz bliżej... zauważyłeś?

- Drzewa nie chodzą.

- Te najwyraźniej... tak!

 

Być może rosły kiedyś bliżej, a to, co widzisz to tylko wspomnienie tamtych drzew, tylko sen, przy(ws)pomnienie zawarte w tobie, kształt utkwiony w następnym pokoleniu? Być może idą ufne, że tak należy, że w ten sposób potęgują strach ludzi pomazanych krwią w imię iluzji potęgi i władzy znoszącej pustkę tkwiącą w każdym z nas?

A może to zwykły tej zimy spacer po świeżo spadłym śniegu, na którym brak śladów stóp spóźnionych przechodniów, rozgoryczonych, zapomnianych, nieważnych?

Zbędnych, jak dłoń kochanka wędrująca po twoim ciele, ciele dziecka.

Zupełnie, jak ona - spracowana, szorstka dłoń.

 

Alienacja?

Alienacja!

 

Sophii na zewnątrz, obca sobie, obca dłoni, która bezczelna drąży ciało. Obca ciału, z którym staje się jednym, staje jedno... zawsze z małej litery... na krótką chwilę, nieważn(i)e, bez znaczenia... wypełniona nim, nasycona, zbędna.

Pustka drążąca Sophii.

Sophii wypełniona pustką. Ciepłą i lepką, zawiesistą.

Złudzenia i gorycz przenikające ciało. Wilgoć i sen przenikające ciało.

Spazm, liść opadający z drzewa

(zimą?),

przezroczysty, ślady na śniegu, wilgoć, kropla deszczu

(zimą?),

księżyc na niebie, srebrna maska na twarzy kochanka, obca, wroga, przywołująca wspomnienie wszystkich mężczyzn w tym pokoiku na poddaszu, wszystkich kobiet pośród tych zapomnianych sprzętów, zastygłych w nich... zastygających w twarzach przez nie przywołanych, uniesionych na ulicę, śladem na śniegu

(zimą!),

liściem, wierzbą kroczącą ku oknu...

Sophii spełniona, choć jeszcze obojętna, jeszcze wroga wobec tego spełnienia, jeszcze obca na krawędzi uniesienia, które gdzieś obok, na zewnątrz dziewczynki wołanej przez matkę, karconej przez ojczyma trzymającego gruby pas, ściskającego w garści emocje, namiętności, pożądanie... brudnego, lepkiego...

mężczyzny na dnie przepaści wołającego o ciało słodkiej Sophii,

kilkuletniej dziewczynki przerażonej zbrodnią czekającą w przedpokoju, przyczajoną za przepierzeniem, skradającą się bezszelestnie po stopniach abstrakcji ku ostatecznej konsekwencji zamykającej kształt jej ramion, krągłość piersi, linię ust w horyzont rewolucji barwiącej na czerwono miasto w dole, tam u stóp, to znienawidzone miasto pełne ludzi spieszących w przedziwnym pląsie dokładnie tam, gdzie ona teraz...

... siedzi na łóżku wycierając wilgotnym ręcznikiem krwawiące krocze, ocierając bezładną mieszaninę jasnej krwi, ciemnej krwi, posokę sączącą się z jej ciała, kapiącą na drewniane deski podłogi, znaczącą ślad po tych kilku chwilach, które na zawsze pozostaną w tym pokoiku na poddaszu,

jedynym na jaki ją stać,

na zawsze pozostaną w tych sprzętach, przedmiotach, o istnieniu których jeszcze niedawno nic nie wiedziała, aż nagle objawiły całą swoją obojętność, dramat pokoleń...

naznaczyły swoją obecnością, by przeminąć, jak teraz przemija jej ból, obojętność dla tego mężczyzny obok, chłopca właściwie palącego zachłannie papierosa, wspartego w swojej dumie, w tej głupkowatej pysze unoszącej całego wyżej i wyżej aż na granicę lasu (parku?) idącego każdą z pór roku w przebraniu zemsty, w sztafażu zbrodni, kary, winy, odkupienia...

kiedy słowa, kategorie, obrazy, dźwięki, dłonie i usta składają się w jeden niemy krzyk nad zbędnością ludzi tam w dole, nieprzebranego tłumu gnającego na złamanie karku, pozostawiającego ślady na świeżym śniegu, krew na deskach podłogi, krzyk i niesprawiedliwość w każdym niemal geście, każdym słowie...

 

tyle wokół krzywdy i niesprawiedliwości!

tyle zła i cierpienia!

tyle obojętności i zbędności kolejnych istnień!

 

... pokoleń, które nie dość pokoleniem by nadać sobie kształt, by uzyskać głos, obraz siebie... tyle niesprawiedliwości tam na dole, że przebrawszy dostępną miarę podpełza aż tu, do tego pokoju na poddaszu, łasi się u progu, skomli, stuka, prosi by ją wpuścić, ugościć, utulić choć na chwilę wyrywając tym samym z objęć absurdu, z objęć przezroczystej, bylejakiej egzystencji, która nic już nie chce znaczyć, niczemu nie chce służyć, niczego już nie wskrzesza, niczego nie obiecuje, niczego nie woła...

 

Sophii!...

... moja słodka, mała Sophii...

powiedz co robić?...

 

jak żyć?

 

.

Komentarze (3)

    • A B
    • 22 czerwca 2014, 13:38:12

    ...

    Przezroczystość - z Nabokova
    Absurd - z Camus

    żeby nie było!

    ...

    • A B
    • 22 czerwca 2014, 13:46:38

    ...

    jest taki wiersz PATRYKA NADOLNEGO, który (wiersz, nie Patryk) bardzo mi tu pasuje

    Patryk - mam nadzieję, że się nie wkurwisz... za bardzo -



    Nie umrę, pozostanę do końca przy duszy


    Czas i tak niczego nie zmieni. Jestem wieżą Babel.
    Możesz sprawdzić, przetrząsnąć piwnice i piętra.
    Niepokój urządzono w najmniejszych szczegółach.

    Nie wierzyć? Smutek mieszka na pierwszym lub czwartym,
    nienawiść na parterze stuka w martwy sufit,
    a cisza płynie łódką, wiosłując dźwiękami
    w śpiew rzeki, rozbija i zwija muzykę jak namiot.

    Zapytać kto był kiedyś w stanie wybudować
    mnie, moje być i nie być i tak nie odpowiem.
    Stoimy przecież wszyscy jako inne wieże,
    nie mamy nic, co mogło nas zbliżyć ku sobie.

    Jakiś warkocz księżniczki, szal z brudnej pościeli?
    Nic z tych rzeczy. Ktoś nawet nie musiał nas zburzyć,
    bo każde Babel pije z innego języka,
    łeb zwieszając na podobieństwo płonącej żyrafy.

    Zapytać, czy byliśmy placami budowy,
    o styl i rozwiązania nad, architektoniczne.
    Wiem tyle, kosmos drzemie w nas światłem węgielnym.


    ...

  • Spoko, mam więc wiernego popularyzatora tekstu, który kiedyś będzie do poczytania w wersji papierowej jak się uda wydnie tomiku poezji.

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się